Tęsknię...
To co Wam dziś o sobie powiem...
sobota, 21 styczeń 2012, 15:34 Czy ja jeszcze kiedyś napisze normalny post? :-))
 
niedziela, 08 styczeń 2012, 17:23 No dobrze, kilka słów w komentarzu...
 
poniedziałek, 26 grudzień 2011, 10:59 Fghhb - pomyłka :-)
 
poniedziałek, 31 październik 2011, 23:04 Post nr 2 w komentarzu...
 
niedziela, 23 październik 2011, 10:35 Post znajduje sie w komentarzu :-)
 
wtorek, 06 wrzesień 2011, 12:14 Może ludzie potrzebują drugiej szansy, bo czas nie był gotowy na pierwszą... Może...
    Po co się zjawił? Nie znam odpowiedzi... Przyszedł, namieszał...

    W sobotę – zresztą nie bez przeszkód - się spotkaliśmy. Na trasie do Radomia był wypadek, chciał zawracać, przyjechać w niedziele. Ale w końcu objechał i dotarł…
W skrócie: było super. No i Wam starczy ;))
    A poważnie, było tak jak powinno być za pierwszym razem. Nie stracilibyśmy może tego czasu…
Nie mam złudzeń, nie jest idealny, ale jestem wpatrzona w niego jak w obraz. Lubię z nim rozmawiać, lubię go słuchać, lubię na niego patrzeć, lubię jego zapach, strasznie lubię słuchać jak w głos się śmieje… Fascynuje mnie ten facet!
Nawet jeśli kiedyś będzie Nam dane to nic nie będzie proste. Nie chcę się zatem nastawiać. Zresztą co tu planować teraz… Niby, jak stwierdził Anglia nie jest na końcu świata, ale myśląc realnie…
Poza tym czy będzie się odzywał?
Na pożegnanie przytulił mnie tak długo, na ucho szepnął, żebym byłam dzielna, pocałował w czoło i znów przytulił…
Potem dostałam smsa: „Jak Cię przytulałem, było mi tak dobrze…”.
Wierzcie lub nie, ale jestem mu wdzięczna, że nie pocałował. I tak już wszystko jest pochrzanione…

     W nocy jedziemy do Warszawy, o 5 nad ranem lecimy… Do „napisania” niebawem…
poniedziałek, 29 sierpień 2011, 18:06 Słowami też można dotykać, nawet czulej niż dłońmi...
    „Chichot losu” – to mało na określenie tego co się stało ;) „Rechot losu” to jest to!       Wróćmy na chwilkę 5 miesięcy wstecz. Poznałam wtedy mężczyznę – wydawałoby się idealnego. „Znaleźliśmy się” jak dla mnie przez przypadek na Internecie. 9 dni spędziliśmy na korespondencji mailowej. To było wszystko jak oderwanie od rzeczywistości. Żyłam tymi wiadomościami. Najbardziej lubiłam te „dzień dobry”, „dobranoc” - wiadomości, takie tylko, że pamięta… Szybko się można przyzwyczaić… Ponieważ kilka dni dzieliło mnie od egzaminów zgodziłam się na spotkanie. Kompletnie nie szła mi nauka, myśli uciekały w inną stronę. Pamiętam jego szeroki uśmiech na mój widok…
    Co tu dużo będę pisać, spotkanie, dokładnie 10 dnia naszej znajomości niezmiernie Nas rozczarowało. Z mojej perspektywy: czułam, że mi bardzo zależy, ale dość duża różnica wieku mnie przytłoczyła. Nie potrafiłam wyluzować, jakbym kija połknęła… Byłam zła na siebie… Ale uśpił moją czujność mail, który sugerował, że tylko ja mam niesmak po tym spotkaniu. Jednak wiadomości przychodziły coraz rzadziej. Poprosiłam o szczerość…
- Maryś, jestem dla Ciebie za stary…
„Trudno” – pomyślałam. Fantastyczny facet, ale nie dla mnie. Było mi żal, że nie dostałam drugiej szansy ale nie nalegałam. Założyłam po prostu, że się nie spodobałam… Jeszcze przez jakiś czas liczyłam na to, że się odezwie…
    W PIĄTEK odwiedziła mnie „w chorobie” koleżanka. Jakoś mnie naszło i rozmawiałyśmy o nim…
    W SOBOTĘ robiłam porządki na komputerze, bo zostawiam go mamie. Dotarłam do tej naszej korespondencji, przeczytałam jednym tchem, obejrzałam zdjęcia, które mi wtedy przesłał…
    I jakież było moje zdziwienie gdy w NIEDZIELE (wczoraj) odczytywałam smsa od niego??? Chyba nie jesteście sobie w stanie wyobrazić!!!
- Witaj Maryś, wybacz ten niespodziewany kontakt. Jakoś mnie naszło od jakiegoś czasu by spytać co u Ciebie. Adam.
Wymieniliśmy kilka wiadomości. Napisałam, że wyjeżdżam 7 września. Poprosił o spotkanie. Oniemiałam! Jak to, teraz???
Dziś rano do mnie dzwonił. Poprosiłam o wyjaśnienia…
- Maryś, przestraszyłem się… Jesteś taka młoda. Ty właściwie dopiero zaczynasz poważne związki, ja już w zasadzie kończę ;) Tylko, że wciąż mam przed oczami Twoją twarz… Ciągle sobie wyrzucam, że nie dałem Nam szansy. Wiem, że jest późno, ale nie za późno. Mogłem w końcu wysłać smsa 7 września ;) Dasz mi szansę? Bardzo mi na tym zależy…
    I bądź tu mądry, pisz wiersze, słuchaj i bądź obojętny!!! Ale teraz? Ja wyjeżdżam! Tak strasznie tego chciałam 5 miesięcy temu…
    Ale musiałam się zgodzić żeby nie żałować. W Warszawie jestem jeszcze tylko do czwartku, nie mogliśmy tego dograć, ma przyjechać w weekend specjalnie do Radomia…
    Wczoraj gdy dostałam smsa zadzwoniłam od razu do wspomnianej koleżanki.
- Maria, ja przysięgam, napiszę kiedyś – jak obiecałam tą książkę o Twoim życiu. I jeszcze nagrodę zgarnę! Pieprzona telenowela! ;)
- A co ja mam powiedzieć? Oddychaj głęboko! ;)
    Rechot losu – jak to u żab…
PS. Wtedy zastanawiałam się (post z 14 kwietnia) po co pojawił się na mojej drodze… A teraz???

piątek, 26 sierpień 2011, 20:31 Naucz mnie kochać...
     Jeszcze tylko 13 dni i lecimy: ja, siostra i Kostuś…
     Wspominałam już, że strasznie nie lubię latać samolotem? Miałam tą niewątpliwą nie-przyjemność dwa razy i obiecywałam sobie, że na tym poprzestanę…
    Ewidentnie też dalej jestem rozbita. Wszyscy mi mówią, że to widać. Ale, że skoro jestem tak nastawiona to będzie super… Oby!
     Za sprawą liszaja dostałam w prezencie tydzień wolny w pracy. Ale musiałam zastosować wokół siebie kwarantannę ;) No w każdym razie do domu nie pojechałam bo Amelka i Kostuś… Wiadomo… Więc siedziałam cały tydzień i się nudziłam…
     Znaczy obejrzałam wszystko co było do obejrzenia („Lincz”, „Keith”, „Jak się pozbyć celulitu”), przeczytałam wszystko co było do przeczytania (czyli dwie części „Kobiety na krańcu świata” Martyny Wojciechowskiej i „12 rozmów o miłości, rok po katastrofie” <Smoleńskiej> Joanny Racewicz. Polecam wszystkie trzy). Muszę przyznać, że odpoczęłam... Wyspałam się... Choć jak się okazało takie nic nie robienie też męczy ;))
    Jeszcze tylko trzy dni z Anką i Adasiem…
    Trzeba się spakować, opuścić po 5 latach ten pokój, tyle wspomnień…
Ja się zaraz popłaczę… :)
Najbardziej będę tęsknić za prusakami, myszami i obecną współlokatorką ;))
PS. Moje myśli są tak samo nie poukładane jak ten post...

Kochaj mnie…
wtorek, 23 sierpień 2011, 11:48 Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś...
    W piątek odwiozłam dzieci do pracy mamy. Widziałam, że nadchodzą czarne chmury, ale stwierdziłam, że jeszcze do sklepu zdążę. Zamknęłam za sobą drzwi jak rozpętała się taka wichura, jakiej jeszcze nie widziałam. Ekspedientka powiedziała, że spokojnie mogę poczekać z nią, ale bałam się, że to będzie trwało i trwało. Wybiegłam stamtąd i gnałam jakby mnie coś goniło. Mało klapek nie pogubiłam mimo lekkiej kolki ;) Szczerze? Autentycznie się bałam..
    Tak szybko jak się zaczęło - tak się skończyło. Ale światła w akademiku po tych kilku minutach już nie było. Na to przyszła moja nowa współlokatorka zwana „Gadułą”. Zakręciła się i stwierdziła, że idzie do biblioteki. Była godzina 16 w piątek. W poniedziałek o 12 już nie wytrzymałam, i zadzwoniłam do administracji po jej numer! Tysiące pomysłów miałam w głowie co też się mogło z nią stać. A ona sobie pojechała do chłopaka na weekend ;)
    W niedzielę jakiś niezidentyfikowany twór wyrósł mi (co tu dużo gadać) w dziurce - w nosie… Dopiero następnego dnia zorientowałam się, że to nie jakiś tam zwykły pryszcz ;)) Otóż wspominałam Wam, że Amelka przed samym siostry porodem miała na policzku półpaśca. Do tej pory mimo smarowania kremem na blizny – przez środek policzka ma brzydką, szeroką krechę. Po dwóch tygodniach szwagier dojrzał, że ma w nosie, to co teraz mam ja! Też mu wyszło na policzek i ma szramę… Tylko u niego okazało się, że to nie półpasiec a liszaj. Byłam akurat wtedy na weekend w domu. Musiałam wytrzeć się tym samym ręcznikiem czy coś… Prawie wszyscy mają liszaja w rodzinie – mam i ja! I wcale mi nie było do śmiechu. Nie chcę mieć żadnej blizny, jeszcze tego by brakowało.               
    Zadzwoniłam do przychodni. Okazało się, że jeśli nie jestem ubezpieczona, to przysługuje mi tylko jedna wizyta w roku. Nawet jeśli płacę! Pani oczywiście skierowała mnie do innej placówki – prywatnej, ale powiedziała, że słono zapłacę. Swoją drogą jak nie chorowałam to nie chorowałam, teraz jak nie jestem ubezpieczona to biegam po lekarzach. Szlag by to…! Tu ze złości i bezsilności już zaczęłam płakać…
    Ale zadzwoniłam do siostry, telefoniczną diagnozę przeprowadziłyśmy, stwierdziła, że na pewno mam to co mąż i żebym po leki przyjechała do Radomia ;) Przedtem jednak (na szczęście) zadzwoniłam do mamy Ani i Adasia, że to cholerstwo mam i mogę dzieci zarazić. Podsunęła mi pomysł, by nie jechać pociągiem (w obie strony to 4 godziny), tylko, żeby mama mi paczkę przez PKS podała. Ufff, tak też zrobiłyśmy… Odebrałam sobie leki za godzinę pod Pałacem Kultury i się leczę. Co się jeszcze okazało, na trasie Radom – Warszawa zerwało akurat wtedy trakcje i wracałabym pociągiem około 5 godzin! Szczęście w nieszczęściu…
    Wracając do leczenia - nawet facet nie jest tak absorbujący jak mój liszaj ;) Swędzi to cholerstwo jak diabli, nie daje o sobie zapomnieć… Ale na razie, odpukać, nie wywala się nigdzie indziej…
    I pytanie tygodnia – skąd się to paskudztwo w ogóle wzięło??? Bo tylko tego by brakowało, żeby Kostuś złapał dziada…!

Uwaga – jakikolwiek KONTAKT ze mną grozi zarażeniem ;))

PS. Amelka:
- Abisiu, tata ma na nosie tasiemca…
Z półpaścem się dziecku pomyliło ;))

środa, 17 sierpień 2011, 17:33 Wyobraź mnie sobie... Nie zaistnieję, jeśli mnie sobie nie wyobrazisz...
    Poniedziałek, przystanek…
- Przepraszam Panią, czy tu staje 190?
- Nie, trzeba stąd dojechać do Hali Wola i tam będzie…
- Rzeczywiście. Niezmiernie Pani dziękuję. Bardzo mi Pani pomogła.
- Ależ bez przesady…
- Nie, nie, stałbym tu jak dureń do jutra a Pani mnie uświadomiła.
- To żaden problem…
- Ma Pani piękny uśmiech.
- Dziękuję bardzo…
- Jaka Pani zażenowana. Czemu tak?
- Nie co dzień ktoś mi prawi komplementy na przystanku.
- Eee… prawdę mówię. Czy w ramach podziękowania da się Pani zaprosić na kawę?
- Oj niestety, jestem bardzo zajęta…
- Szkoda. No nic… Nie będę przeszkadzał. Jeszcze raz bardzo dziękuję…
Dobry podryw nie jest zły. Szkoda, że Pan był koło 50. Lubię starszych, ale bez przesady… ;))
     A wczoraj do mych drzwi zapukała nowa współlokatorka. Wróćcie mi Marte, błagam!!! Tej dziewuszynie się buzia nie zamyka! Ja już zaczęłam udawać, że jej nie słyszę, ignoruję ją na potęgę. Dobrze, że za 2 tygodnie stąd spadam ;)

   Uuuwielbiam...
PS. Lillka, proszę o namiary na Ciebie...


Księga gości
 
<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031
Oddaj głos na mojego bloga!
Aktualna liczba głosów:
 
1470
CO TO JEST MIŁOŚĆ...?
Co to jest miłość?
Nie wiem,
ale to miłe,
że chcę go mieć
dla siebie
na nie wiem
ile...
Gdzie mieszka miłość?
Nie wiem -
może w uśmiechu?
Czasem ją słychać
w śpiewie
a czasem
w echu...
Co to jest miłość?
Powiedz -
albo nic nie mów.
Ja chcę Cię mieć
przy sobie
i nie wiem
czemu...

O mnie
MarryCherry
27
,
Radom/Warszawa
Słówko o mnie
Przekorna ;)
Zobacz mój profil
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
51203
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
7465
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
54
Ale to już było i nie wróci więcej...
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Zobacz serwisy INTERIA.PL